Andrzej Wróbel, zanim został wybrany do TK, przez wiele lat orzekał w Izbie Pracy Sądu Najwyższego. Pod koniec zeszłego roku podjął decyzję, że chce tam wrócić. Taką możliwość dają mu przepisy ustawy o SN (t.j. Dz.U. z 2013 r. poz. 499 ze zm.). Zgodnie z nimi sędzia, który zrzekł się stanowiska, może wrócić na nie, jeżeli przerwa w pracy nie była dłuższa niż dziewięć lat. Profesor Wróbel ten warunek spełnia, gdyż do TK został wybrany w 2011 r.

Innymi słowy, KRS nie dopatrzyła się przesłanek, które nie pozwalałyby jej przedstawić kandydatury Andrzeja Wróbla prezydentowi. A jeżeli Andrzej Duda przychyli się do wniosku rady, to w TK zwolni się kolejne miejsce. Jak bowiem zapowiedział sam zainteresowany, w momencie powołania go do SN zrzeknie się funkcji w trybunale.

Dzięki temu PiS będzie mógł wybrać kolejnego członka TK. A to będzie oznaczało, że sędziowie wybrani za poprzednich kadencji Sejmu znajdą się w mniejszości (obecnie nadal mają większość – jest ich ośmiu). Z tego też powodu decyzja prof. Wróbla, którego kadencja powinna zakończyć się dopiero w 2020 r., wywołała spore kontrowersje. Część komentatorów uznała, że to swego rodzaju dezercja. – Nie rozumiem, jak można w takim momencie rezygnować z funkcji i oddawać pole tym, którzy chcą TK „zatopić” – mówi nam jeden z ekspertów.

Są jednak i głosy, że to, co zrobił prof. Wróbel, było jedynym sensownym wyjściem.

Sam zainteresowany nie chce komentować powodów swojej decyzji.